Do południa śnieżyca ucichła, ale drogi nadal były nieprzejezdne. Nadya rozpaliła ogień, nakarmiła dzieci resztkami owsianki i myślała tylko o jednym: jak dotrzeć do centrum dzielnicy, nie dając się złapać pierwszemu oszustowi.
Słowa Warwary uderzyły mnie prosto w twarz: „Nie rób interesów z byle kim. Notariusz i rzeczoznawca to najlepsze opcje”.
Zadzwoniła pod numer podany w liście notariusza. Połączenie było jednak słabe.
– Biuro… Słucham… – usłyszałam zmęczony kobiecy głos.
„Tu Nadieżda Worobjowa. Otrzymałam list w sprawie spadku… Ja… Znalazłam dokumenty. Jest depozyt… i kosztowności”.
„Nadieżdo Siergiejewno, uspokój się. Musisz zabrać paszport”. Wszystko załatwimy. Jeśli chodzi o kaucję, złożymy wniosek do banku, a w przypadku wartościowych przedmiotów zlecimy ich wycenę uznanemu rzeczoznawcy. Proszę ich nigdzie nie zabierać i nie sprzedawać, dopóki nie będzie Pan miał niezbędnych dokumentów. »
Nadia o mało nie rozpłakała się przez telefon z ulgi, że mówili jej to samo, co w wekslu: spokojnie i rzeczowo.
„Mam pięcioro dzieci…” westchnęła. „A jedno jest chore”.
« Rozumiem. Zróbmy to tak: najpierw sformalizujemy spadek i wyciąg z kaucji. Pieniądze z kaucji są najbardziej transparentne. Potem będzie Pan mógł zdecydować, czy chce Pan sprzedać monety. »
« Najczystsze. » Brzmiało to jak zbawienie.