Moją ośmioletnią siostrę wyrzucili nasi adopcyjni rodzice w Wigilię. Kiedy znalazłam ją na poboczu drogi, miała na sobie tylko cienką piżamę i drżała z zimna. „Odkryłam ich sekret” – wyszeptała. „Powiedzieli, że jeśli komukolwiek powiem, znikniemy”. W domu zobaczyłam siniaki wciąż wyryte na jej drobnych plecach. Myśleli, że jestem słaba, łatwa do uciszenia. Mylili się. Miałam zamiar wszystko ujawnić – i upewnić się, że trafią tam, gdzie ich miejsce: do więzienia.

Nie byli tu, żeby ją sprawdzić. Byli tu, żeby „zlikwidować majątek”.

„Odejdź” – krzyknąłem. „Ona śpi”.

„Otwórz drzwi, Liam” – powiedział dr Evans, a jego głos stracił życzliwą fasadę. „Albo to rozwalimy. Twój ojciec chce, żebyśmy to zrobili dziś wieczorem”.

Złapałem płaszcz. Złapałem laptopa.

„Mia” – wyszeptałem, biegnąc na kanapę. „Musimy iść”.

„Dokąd?” – krzyknęła, a łzy spływały jej po twarzy.

„Schody ewakuacyjne”.

Pobiegliśmy do tylnego okna. Metalowa krata była zamarznięta. Kopnąłem ją raz, drugi. Jęknęła i ustąpiła. Na zewnątrz zawył wiatr, spadając gwałtownie z czwartego piętra w ciemną uliczkę.

„Nie mogę” – szlochała Mia, patrząc w dół.

„Musisz” – powiedziałem. Za nami drzwi wejściowe roztrzaskały się z ogłuszającym trzaskiem.

Wyskoczyłem pierwszy, sięgając po nią. „Skacz do mnie, Mia. Złapię cię. Nigdy cię nie upuszczę”.

Skoczyła.

Złapałem ją, uderzenie o mało nie wyrzuciło nas obu za balustradę. Zbiegaliśmy po oblodzonych, metalowych schodach, wiatr smagał nam twarze. Nad nami słyszałem krzyki mężczyzn, zobaczyłem snop światła latarki przecinający śnieg.

Dotarliśmy do zaułka i pobiegliśmy. Biegliśmy, aż paliły mnie płuca. Biegliśmy, aż znaleźliśmy całodobową kawiarenkę internetową – miejsce bez kamer, pełne graczy, którzy nie zwróciliby uwagi na mężczyznę w garniturze niosącego dziecko w piżamie.

Kupiłem prywatną kabinę. Posadziłem Mię.

Mój telefon zawibrował. SMS od komendanta Millera.

Od: komendanta Millera
Wiadomość: Twój ojciec właśnie zgłosił porwanie. Jesteś uzbrojony i niebezpieczny. Zgoda na strzelanie na zabicie została wydana. Nie komplikuj tego, synu. Po prostu ją tu przyprowadź.

Wpatrywałem się w ekran. Policja mnie ścigała. „Lekarze” mnie ścigali. Nie miałem dokąd pójść.

Spojrzałem na Mię. Trzymała mnie za rękę obiema swoimi, a jej oczy szeroko otwarte z ufnością.

„Czy umrzemy?” zapytała.

„Nie” – powiedziałem. Ogarnął mnie zimny spokój. „Nie umrzemy. Idziemy na imprezę”.

Część 4: Krwawe Święta
Nie odjechałem z osiedla. Wróciłem do niego.