Kiedy wspomniałam, że mój mąż również jest ginekologiem i pracuje w prywatnej klinice w Salamance, Álvaro uniósł brew z lekką ciekawością.
„Więc pewnie już się do tego wszystkiego przyzwyczaiłaś” – zażartował, próbując rozluźnić atmosferę.
Uśmiechnęłam się uprzejmie. Prawdę mówiąc, odkąd Diego otworzył własną klinikę, unikaliśmy go jako mojego lekarza.
„Trudno mi oddzielić sprawy osobiste od zawodowych” – mawiał, jakby samo to wyznanie było dowodem miłości.
Badanie zaczęło się jak każde inne: rękawiczki, zimne światło, krótkie instrukcje. Wpatrywałam się w sufit, w typowy panel z chmurkami, który miał działać uspokajająco, ale zawsze wydawał mi się absurdalny. Słyszałam, jak zmienia instrumenty. Fotel lekko się poruszył. Zauważyłam, że pochylił się bardziej niż zwykle i zajęło mu zbyt dużo czasu, zanim cokolwiek powiedział.
Cisza gęstniała.
Przestałam myśleć o liście zakupów ani o niedokończonej pracy, która na mnie czekała. Zamiast tego czułam puls w skroniach. Odsunął się lekko i zobaczyłam, jak marszczy brwi za maską.
To nie był neutralny, profesjonalny wyraz twarzy, do którego byłam przyzwyczajona. To był dyskomfort. Albo zaskoczenie. Albo coś gorszego.
„Kto cię wcześniej leczył?” – zapytał ponownie, tym razem głębszym głosem.
Przełknęłam ślinę.
„Mój mąż” – powiedziałam. „Diego López. On też jest ginekologiem”.
Álvaro zamarł. Powoli, niemal rozmyślnie zdjął rękawiczki i wrzucił je do metalowego kosza na śmieci z suchym dźwiękiem, który sprawił, że lekko podskoczyłam. Potem podszedł do swojego biurka, nie patrząc mi prosto w oczy.
„Lucía” – powiedział w końcu, po raz pierwszy używając mojego imienia – „musimy natychmiast wykonać badania. To, co widzę… nie powinno tam być”.