Niewiele pamiętam z następnych tygodni. Tylko fragmenty.
Pamiętam, jak moja córka szlochała w łazience. Mój syn zamilkł, całkowicie się zamknął w sobie. Ja, stojąca na środku kuchni o drugiej w nocy i wpatrująca się w kubek Petera wciąż stojący przy zlewie.
A przez to wszystko był Daniel.
Dan nie był tylko przyjacielem Petera. Byli braćmi pod każdym względem, który się liczył. Dorastali w trzech domach od siebie, razem przetrwali studia na ramenie i złych decyzjach, podróżowali po kraju, mając 22 lata i będąc zbyt spłukani, by pozwolić sobie na hotele.
Dan miał swoje własne komplikacje. Ożenił się młodo, rozwiódł się po trzech latach i starał się jak mógł, by wspólnie wychowywać małą dziewczynkę, która zasługiwała na coś lepszego niż bałagan, jaki zrobili jej rodzice.
Nigdy nie obmawiał swojej byłej. Nigdy nie grał ofiary. Zawsze to w nim szanowałem.
Kiedy Peter umarł, Dan po prostu się pojawił. Nie pytał, czego potrzebuję, ani nie czekał na pozwolenie. Naprawił młynek do śmieci, który Peter odkładał. Przynosił zakupy, kiedy zapominałem jeść. Siedział z moim synem w garażu i pozwalał mu uporać się z gniewem młotkiem i kawałkami drewna.
Dan ani razu nie wspomniał o sobie.