Rozdział 1: Toksyczny stół
Jadalnia w naszym podmiejskim domu przypominała raczej szybkowar, który szybko zbliża się do punktu krytycznego, niż sanktuarium. Miała to być kolacja „nowego początku”, gałązka oliwna wyciągnięta po miesiącach nieustannego, duszącego napięcia. Ale z moją teściową, Marilyn, siedzącą u szczytu mahoniowego stołu, nigdy nie było nowego początku. Była tylko nowa scena, w której mogła się kontrolować.
Przesuwałam suchy kawałek pieczonego kurczaka po talerzu, kompletnie tracąc apetyt. Byłam w siódmym miesiącu ciąży, a upał w pomieszczeniu był przytłaczający, tak ciężki, że można było się w nim utopić. Obraz przed oczami pływał mi w oczach, krawędzie pomieszczenia pulsowały gwałtownymi, poszarpanymi białymi błyskami. W uszach rozbrzmiewał mi wysoki dźwięk, odzwierciedlający rytmiczne, irytujące tykanie antycznego zegara stojącego na korytarzu.
Caleb, mój mąż, siedział sztywno obok mnie. Skrupulatnie kroił mięso na idealne kwadraty, z oczami wbitymi w talerz. Rozpaczliwie pragnął udobruchać matkę, przedkładając kruchą iluzję idealnego rodzinnego obiadu nad oczywisty, fizyczny ból ciężarnej żony.