Poszłam do nowego ginekologa, spodziewając się rutynowej kontroli, ale gdy tylko badanie się skończyło, zmarszczył brwi i dziwnym tonem zapytał, kto mnie wcześniej leczył; odpowiedziałam naturalnie, że mój mąż, który również jest ginekologiem.

„Czy coś podpisałam?” – zapytałam zrozpaczona, choć już znałam odpowiedź.

„W pani aktach nie ma żadnego zapisu o pani podpisie na formularzu zgody na sterylizację” – powiedziała, patrząc na ekran. „Ale gdyby zabieg był wykonywany w prywatnej klinice, potrzebowalibyśmy ich dokumentacji”.

Wróciłam do Salamanki z planem.
W klinice Diego miałam niemal nieograniczony dostęp. Byłam „żoną lekarza”. Pewnego wtorkowego popołudnia, gdy recepcjonistka wyszła po kawę, wślizgnęłam się do biura administracyjnego. Serce waliło mi w gardle, gdy szukałam swojego nazwiska w komputerze.

Znalazłam.

„Kompleksowe badanie + histeroskopia diagnostyczna”. Data: ten sam piątek.

Otworzyłem załączony plik. Był to zeskanowany dokument – ​​formularz świadomej zgody, którego nigdy nie czytałem.

Na dole był podpis.

Mój podpis.

A raczej dość przekonująca imitacja.

Drukuję