Kławdia zniknęła w ciemnym korytarzu, a Maria osunęła się na podłogę, zaciskając zęby, by nie obudzić Anny. Chciała być cicho, choć ciało nie pytało jej o zgodę.
Po kilkudziesięciu minutach, w świetle kopcącej lampki, przybył doktor — starszy, zgarbiony, wycieńczony jak wszyscy. Siemion Borisowicz Goldman mówił spokojnie, jakby samym głosem chciał utrzymać w ryzach to, co wymykało się spod kontroli. Kławdia zdjęła płaszcz, zagotowała wodę na „kozie” i porozrywała czystą prześcieradło na prowizoryczne pieluszki.
W pewnej chwili Maria pomyślała, że to niemożliwe: w środku wojny, zimna i nieufności, dwie kobiety robią jedno — próbują pomóc nowemu życiu wejść na świat.
„Dawaj, Maszeńko… jeszcze trochę. Dasz radę.”
Ostatnim wysiłkiem Maria urodziła. Płacz był cieniutki, niemal jak szept — a jednak był najpiękniejszym dźwiękiem tej nocy.
— Dziewczynka — powiedział lekarz z ulotnym uśmiechem. — Maleńka, ale żywa.
Maria patrzyła, jak Kławdia zawija dziecko w skrawek materiału. Po policzkach Marii płynęły łzy, których sama nie potrafiła nazwać: wdzięczność, lęk i rozpacz w jednym. Jak ona ją wykarmi? Jak ochroni dwie córki w mieście, które nie miało już sił?
Doktor obiecał zajrzeć następnego dnia i wyszedł. Kławdia jednak nie ruszyła się z miejsca. Usiadła na taborecie i długo wpatrywała się w płomyk lampki.
— Dziękuję — powiedziała Maria cicho, jakby słowo ważyło tonę. — Nie spodziewałam się po tobie.
— Nie jestem potworem — odparła Kławdia i dopiero wtedy uniosła wzrok. — I nie przyszłam tu tylko pomagać.
Zawahała się, jakby sprawdzała, czy naprawdę ma odwagę wypowiedzieć to na głos.
— Jutro wyjeżdżam. Z ojcem. Ewakuacja — powiedziała w końcu. — I chcę zabrać to dziecko.
Maria zesztywniała. Słowa nie od razu znalazły dla siebie miejsce w jej głowie.
— Co ty powiedziałaś?