LEXINGTON O ZMIERZCHU
Lexington Avenue o zmierzchu – wiatr przecina budynki, a jego chłód jest tak zimny, że przenika przez wełnę i przenika głęboko do kości.
Margaret stała na tym rogu przez trzy godziny.
Papierowy kubek między jej kolanami mieścił sześćdziesiąt siedem centów.
I przycisk.
Ktoś zostawił to jako żart.
Już nie podniosła wzroku. Ludzie krążyli wokół niej, tak jak omijali hydrant – zirytowani, mechaniczni, obojętni.
Wtedy przed nią zatrzymała się para wypolerowanych czarnych butów.
Najpierw zwróciła uwagę na buty, bo były absurdalnie grube. Włoska skóra. Idealnie gładkie. Lśniące w świetle latarni, jakby chodniki były czymś, o czym tylko czytali.
CZŁOWIEK, KTÓRY PRZYCHYLAŁ SIĘ
Mężczyzna, który je nosił, przykucnął.
Drogi garnitur. Gładko ogolony. Twarz, jakiej można by się spodziewać na billboardzie. Ale jego oczy… jego oczy były zmęczone w sposób, którego pieniądze nie mogły naprawić.
„Proszę pani” – zapytał łagodnie – „czy jadła pani dzisiaj?”
Margaret mrugnęła. Nikt jej o to nie pytał od tygodni.
„Nie” – powiedziała.
Wyciągnął portfel i wyjął z niego banknot stu dolarowy, oferując go niczym uścisk dłoni – pewnie, bez litości, bez widowiska.
„Proszę. Weź coś ciepłego.”
Margaret sięgnęła po rachunek.
I wtedy to zobaczyła.
W drugiej ręce trzymał nadal otwarty portfel.
A w środku, za kartą kredytową, znajdowało się zdjęcie.
TWARZ W PORTFELU
Młoda kobieta. Ciemne włosy. Błyszczące oczy. Uśmiech na tyle szeroki, że potrafił zatrzymać ruch uliczny.
Dłoń Margaret zamarła w powietrzu.
Krew odpłynęła jej z twarzy tak szybko, że się zachwiała.
„Nie” – szepnęła.
Mężczyzna zmarszczył brwi. „Czy wszystko w porządku?”
Ona nie słuchała.