Ale nie tylko prywatne odrzucenia bolały. Bolały również publiczne komentarze.
Podsłuchałem panią Harrison w kościele w kwietniu. „Szkoda z tym chłopcem Callahanem. Sędzia ma tyle majątku, a nie ma prawowitego spadkobiercy, któremu mógłby go zostawić. Aż człowiek się zastanawia, o co w tym wszystkim chodzi”.
Na przyjęciu, które mój ojciec wydał w maju, jeden z gości, upojony wyśmienitą whisky mojego ojca, powiedział na tyle głośno, że słyszałem go z korytarza: „Taka jest natura, prawda? Słabe osobniki nie powinny się rozmnażać. To utrzymuje stado w zdrowiu”.
Plantator z Luizjany, który odwiedził mnie i oglądał konia, którego sprzedawał mój ojciec, skomentował: „Dobre zwierzę. Silne linie, dobra kondycja, sprawdzony ogier. Nie tak jak twój syn, co? Czasami hodowla po prostu zawodzi”.
Każdy komentarz był jak nóż w plecy, ale nauczyłem się nie okazywać żadnej reakcji. Jaki byłby sens? Mieli rację w kategoriach, które rozumieli. Byłem wybrakowanym towarem, nieudaną inwestycją, ślepą gałęzią na drzewie genealogicznym.
Mój ojciec zamknął się w sobie wiosną i latem 1858 roku. Nadal zarządzał plantacją z właściwą sobie sprawnością, nadal pełnił funkcję sędziego hrabstwa, nadal uczestniczył w spotkaniach towarzyskich. Ale w domu stawał się coraz bardziej zdystansowany, spędzając długie godziny w gabinecie z bourbonem i dokumentami prawnymi, pracując nad czymś, o czym nie chciał ze mną rozmawiać.
Uciekłem w świat książek. Biblioteka mojego ojca liczyła ponad 2000 tomów, a większość z nich przeczytałem do dziewiętnastego roku życia. Szczególnie ukochałem filozofię i poezję. Marka, Aureliusza, Epiktita, Keatsa, Shelleya, Byrona. Znajdowałem ukojenie w słowach pisanych przez ludzi, którzy rozważali cierpienie, śmiertelność i kondycję ludzką.
Zacząłem też przeglądać książki, o których mój ojciec nie wiedział, że znajdują się w jego bibliotece – tomy pozostawione przez poprzednich właścicieli lub przypadkowo dołączone do partii zakupionych na wyprzedażach majątkowych. Wśród nich znalazła się literatura abolicjonistyczna, formalnie nielegalna w Missisipi. „Opowieść o życiu Fredericka Douglassa” wydana w 1845 roku. „Chata wuja Toma” Harriet Beecher Stowe wydana w 1852 roku. Eseje Williama Lloyda Garrisona i innych abolicjonistów z Północy.
Czytałem te zakazane książki późnym wieczorem, gdy w domu panowała cisza, i głęboko mnie one zaniepokoiły. Dorastałem, akceptując niewolnictwo jako coś naturalnego, ustanowionego przez Boga, korzystnego zarówno dla pana, jak i niewolnika. Przekonanie, że zniewoleni ludzie są gorsi, dziecinni, niezdolni do samostanowienia – w to wierzyli i nauczali mnie wszyscy wokół.
Ale te książki przedstawiały inny obraz. Frederick Douglass pisał z inteligencją i elokwencją, które dorównywały każdemu białemu autorowi, jakiego czytałem. Opisywał okrucieństwo niewolnictwa, chłosty, rozdzielanie rodzin, wykorzystywanie seksualne, psychologiczne tortury związane z traktowaniem jak własność. „Chata wuja Toma”, mimo że jest fikcją literacką, przedstawiała horror niewolnictwa z druzgocącym wpływem emocjonalnym.
Zacząłem zauważać rzeczy, które wcześniej ignorowałem. Blizny na grzbietach rąk robotników rolnych. Sposób, w jaki twarze niewolników stawały się puste i uległe, gdy zbliżali się biali. Dzieci, które podejrzanie przypominały nadzorców mojego ojca. Kobiety, które znikały z pól na miesiące, a potem wracały bez dzieci, które najwyraźniej nosiły.
Ale nic nie zrobiłem z tymi obserwacjami. Byłem zbyt słaby, zbyt zależny, zbyt uwikłany w swój własny komfort, by rzucić wyzwanie systemowi. Powtarzałem sobie, że różnię się od innych właścicieli niewolników, że traktuję niewolników z większą życzliwością. Ale życzliwość nie sprawia, że niewolnictwo jest mniej złe. Po prostu sprawia, że właściciel czuje się lepiej, uczestnicząc w nim