Dziewczynka zapukała do drzwi i powiedziała: „Uderzyli moją matkę, umiera”. Olbrzymi chłop pozostawił wszystkich bez słowa

Matei zamarł. Jego oczy, niegdyś spokojne jak głęboka woda, zapłonęły furią, jakiej ludzie nie widzieli od lat. „Marin, weź czterech ludzi i przygotuj konie. Wyruszamy”.

Nikt nie odważył się mu sprzeciwić. W ciągu kilku minut podwórze wypełniło się odgłosami kroków, a psy szczekały, jakby przeczuwały, że coś złego się wydarzy. Dziewczynka, przykryta kocem, stała na ganku, wpatrując się w przestrzeń. Jej oczy były szeroko otwarte, przestraszone, ale tlił się w nich również promyk nadziei.

Kiedy dotarli do starej chaty, księżyc wschodził nad polem, oświetlając zaschniętą krew przy wejściu. Matei uniósł rękę, prosząc o ciszę. Delikatnie otworzył drzwi, a ich skrzypnięcie przeciął ciszę nocy. Wewnątrz, na podłodze, leżała wyciągnięta kobieta, z potarganymi włosami i podartym ubraniem. Dyszała ciężko, ale żyła.