Marilyn panowała przy masywnym, wysokim stole z prezentami, popijając starego szampana i głośno śmiejąc się z grupą żon z wyższych sfer, odgrywając rolę rozczulającej, zachwyconej babci. Caleb stał grzecznie u jej boku, ubrany w szyty na miarę garnitur, uśmiechając się pustym, wyćwiczonym uśmiechem do wynajętego fotografa.
W miękkim fotelu w kącie pokoju siedziała cicho Sarah. A na podłodze u jej stóp, bawiąc się drewnianym zestawem kolejki, siedział trzyletni Leo.
Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, serce mi pękało, ale zmuszałam się do przybrania maski spokojnej radości. Ukryty wymaz DNA, który udało mi się zgarnąć z jego kubka z sokiem podczas rodzinnego lunchu tydzień wcześniej, potwierdził to, co już wiedziałam w głębi duszy. Był ze mną w 99,9%.
Zerknęłam w stronę tylnych drzwi sali balowej. Doktor Patel stała przy stanowisku cateringowym w subtelnej sukience koktajlowej. Obok niej stali dwaj mężczyźni w eleganckich, nierzucających się w oczy ciemnych garniturach. Prywatny detektyw i główny detektyw z Wydziału ds. Ofiar Przestępstw, któremu dostarczyłam zaszyfrowane pliki.
„Czas na prezenty!” – oznajmiła głośno Marilyn, stukając srebrną łyżeczką o kieliszek szampana, by zwrócić uwagę całej sali. „Wszyscy, zbierzcie się wokół promiennej przyszłej mamy! Caleb, pomóż swojej pięknej żonie usiąść na krześle!”
Goście utworzyli szerokie, pełne entuzjazmu półkole wokół stołu z prezentami. Caleb podał mi ramię, udając idealnego dżentelmena. Przyjęłam je, tłumiąc dreszcz, i przeszłam na środek sali.
Ale nie usiadłam na pluszowym krześle, które dla mnie przygotowali.
Stałam prosto, wygładzając sukienkę ciążową. Moje ręce już się nie trzęsły. Strach, który rządził moim życiem przez trzy lata, całkowicie zniknął, zastąpiony przez dziką, niepowstrzymaną siłę matki chroniącej swoje dziecko.
„Dziękuję wszystkim za przybycie” – powiedziałam, wyraźnie przebijając się przez cichą salę balową. „Ale zanim otworzymy te piękne prezenty, mam do wręczenia bardzo wyjątkowy prezent. Dla Marilyn. I dla Caleba”.
Marilyn promieniała, wyraźnie oczekując drogiej biżuterii albo sentymentalnej przemowy z pochwałami. „Och, Claire, nie powinnaś była! Ale przyjmujemy!” Goście parsknęli śmiechem.
Sięgnęłam pod główny obrus i wyciągnęłam eleganckie, prostokątne białe pudełko przewiązane niebieską wstążką. Podałam je prosto Calebowi.
Caleb uśmiechnął się nerwowo, świadomy, że to nie było w tekście, który napisała jego matka. Pociągnął wstążkę i uniósł wieczko.
Spodziewał się zobaczyć spersonalizowany dziecięcy pajacyk albo zdjęcie USG.