Myślałem, że najtrudniejszą częścią mojego ślubu będzie przetrwanie go bez myślenia o zmarłej żonie. Ale trzy minuty przed tym, jak miałem przejść do ołtarza, zdałem sobie sprawę, że moja dziewięcioletnia córka nie siedziała na swoim miejscu. Kiedy ją znalazłem, siedziała na podłodze w łazience, skrywając sekret, którym zabroniono jej się dzielić.
Miałem 36 lat i byłem zmęczony do szpiku kości. Pięć lat wcześniej pochowałem żonę, a potem zostaliśmy tylko ja i moja córka Juniper, ucząc się, jak być dwuosobową rodziną.
Nie była niegrzeczna, po prostu czujna, jakby czekała na podstęp.
Junie miała dziewięć lat i była cicha, jakby oszczędzała słowa na wypadek nagłej potrzeby. Zauważała wszystko, zwłaszcza to, co dorośli próbowali ukryć za radosnymi minami, ale to nie zmyliło mojej córki.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek znów pokocham. Ale potem pojawiła się Maribel i świat wydał mi się mniej ostry.
Maribel śmiała się bez skrępowania i wypełniała pokoje bez wysiłku. Gotowała dla nas, całowała mnie w policzek w kuchni i nazywała Juniper „słodkim groszkiem”, jakby to było zaklęcie. Ludzie mówili mi, że wyglądam lżej i chciałam, żeby to była prawda.