Najpierw sprawdziłem podwórko. „Junie?” – zawołałem, starając się zachować lekki ton. Rozbrzmiała muzyka procesyjna, na tyle wesoła, że aż mnie rozgniewała.
Wyszedłem na korytarz i zajrzałem do kuchni, salonu i gabinetu. Nic. Drzwi do łazienki były uchylone i coś we mnie wiedziało, zanim je otworzyłem.
Juniper siedziała na kafelkowej podłodze w swojej kwiecistej sukience, z kolanami podciągniętymi do piersi. Spojrzała na mnie wzrokiem zbyt spokojnym jak na dziecko chowające się w łazience.
„Była wczoraj wieczorem w twoim biurze.”
„Junie?” Uklękłam. „Dlaczego tu jesteś?”
„Maribel kazała mi tu zostać” – powiedziała.
Ścisnęło mnie w żołądku. „Kazała ci usiąść na podłodze w łazience?”
Juniper skinęła głową. „Powiedziała, że nie wolno mi ci tego mówić”.
Mój puls przyspieszył. „Dlaczego?”
„Powiedziała, że wtykam nos w nie swoje sprawy.”
To nie miało sensu. Więc kontynuowałem. „Co masz na myśli, kochanie?”
W niebieskim folderze znajdowały się dane dotyczące ubezpieczenia na życie.
Juniper zawahała się, zerkając na drzwi. „Była wczoraj wieczorem w twoim biurze” – powiedziała. „Wyjęła papiery z niebieskiej teczki. Widziałam ją”.
Ścisnęło mnie w gardle. „Ile?”
„Trzy” – powiedziała Juniper. „Liczyłam”.
W niebieskiej teczce znajdowały się dane dotyczące ubezpieczenia na życie, dokumenty dotyczące domu i sprawy prawne, których unikałam, bo dzięki nim mój smutek wydawał się oficjalny. Poczułam, jak zalewa mnie fala gorąca, ale starałam się mówić spokojnie.
„Dobrze zrobiłeś, że mi to powiedziałeś” – powiedziałem.
Na zewnątrz Maribel stała przy krzesłach i witała gości.
Usta Juniper zadrżały. „Powiedziała, że jeśli powiem, wybierzesz mnie i przegra”.
Serce pękło mi na pół. „Nigdy nie ukrywasz strasznych sekretów przed dorosłymi” – powiedziałam. „Nikomu”.
Juniper skinęła głową, jakby się tego uczyła na pamięć. Wyciągnąłem rękę. „Chodź ze mną”.
Na zewnątrz Maribel stała przy krzesłach, witając gości. Ledwo zauważyła, że idę w jej kierunku. Kiedy w końcu mnie zauważyła, uniosła rękę i szeroko się uśmiechnęła.
Podszedłem prosto do niej. „Maribel” – powiedziałem cicho – „musimy porozmawiać”.
„Dlaczego zostawiłeś moją córkę w łazience?”
Jej uśmiech nie znikał. „Grant, teraz?”
„Tak” – powiedziałem. „Teraz”.
Poprowadziłem ją w stronę podwórka, przy żywopłocie. Oficer zerknął na mnie zdziwiony, a potem odwrócił wzrok, jakby nie chciał, żeby go wciągnięto. Głos Maribel stał się słodki.
„Jesteś zdenerwowany?” zapytała. „Bo to normalne”.
„Dlaczego zostawiłeś moją córkę w łazience?”
Uśmiech Maribel zadrżał. „O mój Boże. Spokojnie.”
„Patrzy na mnie, jakbym była przestępcą.”