Ale moja matka, majacząca z gorączki i wyczerpania, nie chciała zaakceptować tej prognozy. „On przeżyje” – wyszeptała, tuląc moje maleńkie ciało do piersi. „Wiem, że przeżyje. Czuję bicie jego serca. Jest słabe, ale walczy”.
Miała rację. Przeżyłam tę pierwszą noc, następną i kolejną. Ale przetrwanie to nie to samo, co rozkwit. W wieku jednego miesiąca ważyłam zaledwie trzy kilogramy. W wieku sześciu miesięcy wciąż nie mogłam utrzymać własnej główki. W wieku jednego roku, gdy inne dzieci już stały, a niektóre stawiały pierwsze kroki, ja ledwo mogłam siedzieć prosto.
Lekarze, których mój ojciec sprowadził z Nachez, z Vixsburga, a nawet z tak odległych miejsc jak Nowy Orlean, wszyscy mówili to samo: przedwczesny poród zahamował mój rozwój w sposób, który będzie miał wpływ na moje całe życie.
Moja matka zmarła, gdy miałem 6 lat, ofiarą epidemii żółtej febry, która przetoczyła się przez Missisipi w 1846 roku. Pamiętam, jak leżała w łóżku, jej skóra miała barwę starego pergaminu, a oczy były zażółcone i nieobecne. Zawołała mnie do łóżka dzień przed śmiercią.
„Thomas” – wyszeptała ledwo słyszalnym głosem. „Przez całe życie będziesz stawiał czoła wyzwaniom. Ludzie będą cię lekceważyć. Będą ci współczuć. Będą cię lekceważyć. Ale masz coś cenniejszego niż siła fizyczna. Masz umysł, serce, duszę. Nie pozwól, żeby ktokolwiek sprawił, że poczujesz się mniej kompletny”.
Zmarła następnego ranka. A jej słowa w pełni zrozumiałem dopiero po latach.